sobota, 16 lipca 2016

Moja pierwsza encyklopedia obrazkowa. Jan Kallwejt


14 kart wypełnionych obrazkami z otoczenia dziecka takich jak, między innymi,  części ciała, członkowie rodziny, wyposażenie pokoju, zwierzęta, pory dnia i roku, zapewniają pełną skupienia i długą zabawę dla dziecka. Możemy do znudzenia powtarzać "to jest bocian", " to jest lampa" , "a to jest rower" i zapewniam Was, że pytanie "co to?" będzie Wam dźwięczeć w głowie długo po odłożeniu książki na półkę.  Możliwości tej pozycji są prawie nieograniczone, możemy prosić dziecko, żeby wskazało palcem dany przedmiot, możemy zadawać pytania dodatkowe, nazywać rzeczy i bawić się w naśladowanie dźwięków. I wszystko to nie wyczerpuje pomysłów na dodatkowe zabawy w oparciu o rysunki. Co tu dużo mówić "Encyklopedia" piękne wpasowała się w etap "cotowania" Naszej prawie dwulatki, która uwielbia się pytać kilkanaście razy o to samo. Do tego opanowała naśladowanie odgłosów kilku zwierzaków oraz rzeczy... i wspólne przeglądanie książki nie należy do cichych i spokojnych. Pytania "co to?" przerywane są co jakiś czas entuzjastycznym okrzykiem "Mama! Miau! Mama! Auto!" i tak sobie radośnie i głośno spędzamy czas.

Podczas gdy moja córka jest wielką fanką "Encyklopedii", ja mam pewne zastrzeżenia do niej. Nie urzeka mnie grafika, a części ciała narysowane osobno wprawiają moją córkę w lekką konsternacje, zdecydowanie łatwiej jest jej rozpoznawać oko czy rękę nieoderwaną od całości. I ten nieszczęsny nos... Tyle mojego narzekania, które w zasadzie się nie liczy, bo książka jest dla dziecka, a dziecko jest zafascynowane. O!