czwartek, 11 lutego 2016

W bagnie. Arnaldur Indridason


Przygnębiający, deszczowy Reykjavik. W zawilgoconym mieszkaniu odkryto zwłoki starszego mężczyzny, Holberga.  Zabójczą bronią okazała się popielniczka; a pierwsza myśl,  że to była rabunkowa bądź przypadkowa zbrodnia, szybko ulatuje.  Przy ciele denata leżała kartka z tekstem: Ja to on. Stało się jasne, że nie może tu być  mowy o przypadku. Rozpoczyna się dochodzenie. Śledztwo prowadzi komisarz Erlendur, zwyczajny człowiek, ze swoimi problemami osobistymi i zdrowotnymi- podobnie jak w komisarz z Czarnych minut. I jak to bywa w porządnych kryminałach, śledztwo cofa nas do wydarzeń sprzed wielu lat. Powoli pojedyncze strzępy informacji i pozornie niezwiązane ze sobą wydarzenia, budują spójny obraz, wyjaśniają zagadki z przeszłości i odkrywają motywy zabójstwa. Okazuje się, że staruszek Holberg był pasjonatem obrzydliwej pornografii, a w młodości lubił zabawiać się z młodymi dziewczynami, bez ich zgody. Jednak nigdy nic mu nie udowodniono, nie został skazany, mimo, że gwałcąc spłodził dwójkę dzieci. Był okrutnym człowiekiem, który posunął się nawet do morderstwa. I w tym momencie zaczyna mi się kołatać po głowie myśl. Skoro był takim paskudnym człowiekiem, widocznie przeszłość się na nim zemściła i świat stał się lżejszy o jednego łajdaka. Po co więc szukać jego zabójcy? Skazać go? Podczas gdy dwie dekady temu wymiar sprawiedliwości okazał się zbyt naiwny i uwierzył w kłamstwa naszego denata. Holber nigdy nie trafił do więzienia, choć powinien. I tam myśl nie daje mi spokoju do końca książki.

Mam nikłe doświadczenie w tej tematyce, ostatnim kryminałem jaki przeczytałam były wyżej wspomniane Czarne minuty, i zdecydowanie bardziej mnie wciągnęły niż pozycja islandzka. W bagnie to średni kryminał, ale była to również moja pierwsza randka z pisarzem z Islandii, dlatego daję jej taryfę ulgową. Zatem randkę uważam za udaną, choć bez fajerwerków. 


Książka przeczytana w ramach wyzwań:





Sylwia wyzywa