sobota, 13 czerwca 2015

Czyż nie dobija się koni?

Witajcie w słonecznej Kalifornii!
Jest rok 1935, Ameryka powoli podnosi się z Wielkiego Kryzysu, nadal szaleje bezrobocie. Brak perspektyw i środków do życia sprawia, że młodzi ludzie szukają różnych sposobów, by utrzymać się na powierzchni.

Absurdalny maraton taneczny

Jednym z pomysłów  na przetrwanie jest udział w turnieju tanecznym. Czapki z głów panie i panowie, dzisiejszy Taniec z Gwiazdami to pestka. Hollywoodzki maraton trwał nawet 3 miesiące bez przerwy!  Nie chodziło w nim o popisywanie się umiejętnościami tanecznymi, ale o przetrwanie. Spragnieni wrażeń widzowie, czy raczej rozwydrzona gawiedź ciągnęła tłumnie, jak na starożytną arenę, by oglądać wymęczonych, upodlonych ludzi, którzy ostatkiem sił szurali nogami.

Wikt i opierunek
Zasady były proste. Zgodnie z regulaminem tańczyło się godzinę i pięćdziesiąt minut, po czym następowała dziesięciominutowa przerwa na wypoczynek, w czasie której można było spać, jeśli ktoś miał ochotę. Ale w ciągu tych dziesięciu minut człowiek musiał się także ogolić czy wykąpać, opatrzyć nogi albo załatwić inne niezbędne sprawy. Organizatorzy turnieju zadbali o to, by na miejscu byli pielęgniarze, lekarz oraz sędziowie, którzy kontrolowali, czy zawodnicy się poruszają. W maratonie wystartowały 144 pary,  skuszone wizją głównej nagrody– 1000 dolarów. Jednak wygrana to nie wszystko, wielu z tych dzieciaków godziło się na tę poniżającą zabawę tylko dlatego, że mieli na czas jej trwania zapewnione jedzenie i miejsce do spania. Wielu miało nadzieję, że wypatrzy ich sławny producent lub reżyser i staną się wschodzącymi gwiazdami kina.

Nigdy nie rozmawiaj z nieznajomą

Główni bohaterowie, para numer 22, poznali się zaledwie chwilę przed turniejem.  Krótka rozmowa, spacer i pada propozycja, by wziąć udział w konkursie.  Oboje marzą o wielkiej karierze w Hollywood, Gloria chce być aktorką, Robert reżyserem, mają nadzieję, że zabłysną w maratonie, że wypatrzy ich jakieś sławne i otworzy drzwi do kariery. Nic z tego. Konstrukcja książki sprawia, że już od pierwszej strony znamy jej zakończenie. Robert zabija Glorię. Nie jest to jednak tani romans z tragedią w tle,  a zabicie Glorii trudno nazwać morderstwem, to raczej akt miłosierdzia. Nie wiem, skąd  w tak młodej dziewczynie, tyle jest zgorzknienia, autodestrukcji i chęci śmierci. Cały czas powtarza, że wolałaby umrzeć, tylko brakuje jej do tego odwagi, że chciałaby, by ktoś wyręczył Pana Boga. Gdy prosi Roberta, by ją zastrzelił, ten po kilku odmowach, w końcu jej ulega. Strzela. Idzie do więzienia, staje przed sądem i otrzymuje wyrok śmierci. Gdy policjant pyta go, dlaczego to zrobił, odpowiada: Prosiła mnie o to. (...) – Nie miałeś żadnego innego powodu? – A czyż nie dobija się koni? Czy Robert był tak słaby, teraz powiedzielibyśmy, nieasertywny, czy może Gloria tak natarczywa? Może to nie był pierwszy człowiek, którego prosiła, o tę niecodzienną przysługę...


Wielki Brat patrzy

Mimo, że książka powstała na wiele lat przed pierwszym reality show, nie potrafię uciec o skojarzeń z Wielkim Bratem. Jest publiczność, są tańczącymi, upodleni bohaterzy. Żeby dodać więcej pikanterii całemu wydarzeniu na scenie zostaje zaaranżowany ślub jednej z par, organizowane są codzienne, wykańczające wyścigi. Jedna z tańczących jest w zaawansowanej ciąży. W  szeregach publiczności pojawiają się detektywi i łapią mordercę, jednego z uczestników "zabawy". Aż chce się krzyknąć chleba i igrzysk! Więcej krwi, więcej akcji! Niech się pocą, płaczą, rozpaczają, by będziemy patrzeć.
Książka jest okraszona bogato kadrami  z jej ekranizacji o tym samym tytule. Na szczęście, jeszcze jej nie oglądałam, z tym większym smakiem siadam do niej teraz.
 

Z wielką przyjemnością trzymam w ręce sfatygowaną, zaplamioną książkę, która ma prawie tyle lat, co ja i została  przeczytana w ramach wyzwań: