piątek, 15 stycznia 2016

Ja i ja i ja. No i kontrabas



Kilka uśmiechów, błąkająca się myśl gdzieś już czytałam to zdanie i delikatne znużenie. Niewiele.

Tym razem Jerzy Stuhr postanowił pochwalić się pewną rocznicą. Od 30 lat mówi do widzów zza kontrabasu w monodramie Süskinda Kontrabasista. Różne teatry, sale, kraje. Różna publiczność. A przede wszystkim mijający czas, który parę razy wymusił na aktorze delikatne zmiany w oryginale Kontrabasisty, by lepiej dostosować go własnego wieku i rzeczywistości. By lepiej przemawiał do widzów.



Cała książka to wspomnienia z gry w różnych miejscach i czasach, okraszona fragmentami monodramu i tłumaczeniem czytelnikowi, jak się one odnoszą do naszych realiów. Czyli, co poeta miał na myśli. Do tego kilka zabawnych anegdotek  z życia aktora teatralnego i narzekanie, że prawdziwego teatru już nie ma. I jak to u Stuhra nie mogło zabraknąć wycieczek politycznych i ogólnej refleksji na naszą polską rzeczywistością. Co jeszcze? Znajdziemy tu wcześniej już publikowane wypowiedzi, czy to w Tak sobie myślę, czy w rozmowach z dziennikarzami. Znajdziemy tu również dużo mówienia o sobie, chwalenia się i głaskania po główce, ale nie mam tego za złe autorowi, bo po pierwsze tytuł książki zobowiązuje. Po drugie jeśli sami się nie będziemy doceniać, to kto nas doceni w tym kraju życzliwych ludzi?



Z całą sympatią, jaką mam do Stuhra, muszę napisać, że ta książka nie zachwyca. Wpisuje się za to do mojego smutnego korowodu noworocznych lektur. Jakieś fatum, czy co?



Książka przeczytana w ramach:

Sylwia wyzywa