wtorek, 12 stycznia 2016

Wyspa Łza. Nie dla mnie ta książka, nie dla mnie


W Nowym Roku książki mnie nie rozpieszczają, najpierw nieszczególna Tajemnica Schmitta, a teraz Wyspa Łza. Oby z każdą kolejną książką było lepiej!


W 1989 roku Sandra Valentine, amerykańska turystka odwiedza Sri Lankę i po kilku dniach zwiedzania znika. Odnaleziono tylko jej plecak. Nie ma żywej Sandry, nie ma jej ciała. Joanna Bator postanawia wyruszyć śladami zaginionej kobiety. Nie do końca wiem, czy autorka chce rozwikłać zagadkę Sandry, czy to tylko pretekst to egzotycznej wycieczki i zanudzania czytelnika swoimi mistycznymi wynurzeniami.


Jadę więc z czarnym zeszytem tropem Innej kobiety, by napisać reportaż literacki z przygód własnego ja w tropikach. Nie ma co liczyć ani na klasyczną autobiografię, ani na historię detektywistyczną, ale wycisnę z miąższu rzeczywistości samą esencję prawdy i doprawię ją zapachem cynamonu. Cóż więcej mi pozostaje, skoro już wciągnęła mnie nisza w czasie.

Pani Bator szuka. Pokazuje zdjęcia turystki przechodniom, trochę zwiedza, oczywiście śladami Sandry i mnoży scenariusze, jak mogły się potoczyć losy zaginionej. A przede wszystkim dzieli się z nami swoimi rozmyślaniami. O Sandrze, o sobie i o świecie.

Nie zaprzyjaźnię się z tą książką. Sposób, w jaki była pisana, odpycha mnie. Nie przepadam za kwiecistym stylem, choć nie mam nic przeciwko długim zdaniom, rozciągniętym na kilka linijek tekstu, pod warunkiem, że mają sens i cel. Tutaj niektóre z nich sprawiają wrażenie udziwnianych na siłę. Jakby ktoś wrzucił do nich kilka takich wyrazów, by całe zdanie było trudne do zrozumienia. A przekaz stał się bardziej mistyczny. Cała książka błądzi gdzieś na granicy rzeczywistości i ułudy. Klimat jest ciężki, oniryczny i lepki, ale nawet to nie ratuje powieści od bycia nudną. I te opisy!
Relacja z rozdeptania ślimaka i emocji z tym pechowym rozdeptaniem związanych, rozciągnięta na całą stronę; czy na kilka(nastu) stronach opisywany rozstrój żołądka, utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie wszytko trzeba publikować. Najzabawniejsze jest to, że po skończeniu Wyspy łez wiem, o czym ta książka nie jest. Nadal jednak nie wiem, o czym jest. Sili się na wielką metafizykę, na podróż wgłąb siebie. Sili się, bo w moim odczuciu metafizyką nie jest. 

Żeby nie być gołosłowną zamieszczam wrażenia autorki po minięciu się na ulicy z miejscowym czarownikiem z martwym krukiem w garści: Zobaczyłam wtedy, że starzec ma bielmo na lewym oku i włosy jak psia sierść, poczułam, jakby opuszczało mnie coś ciemnego i lepkiego, przybierającego postać martwego kruka. Z taką oczywistością jaka zdarza się w życiu nieczęsto, doświadczyłam czegoś w rodzaju wewnętrznego przesunięcia i wiedziałam, że puste miejsce po kruku, bolesne, jakby było wypalone, jest darem tego rodzaju, który wymaga odwagi i troski. Nie dla mnie ta książka, nie dla mnie. Książki nie ratują nawet zdjęcia Adama Golca; niosą niepokój, nie ma w nich radości i żaru tropików, ale nie porywają. A szkoda.

Wycisnę z miąższu rzeczywistości samą esencję prawdy- pisze autorka. Nie wiem o jaką prawdę chodzi, tę o sobie samej, czy o losie zaginionej Sandry. Nie wiem, gdzie jest ta prawda. Ponoć in vino veritas. Co prawda wina nie miałam, ale nawet wyśmienita aroniówka od Izabeli nie przyniosła ukojenia. Taka to książka!



Książka przeczytana w ramach:

Sylwia wyzywa