wtorek, 21 kwietnia 2015

Bądź DIY. Intymny portret zakupowy Polaków

Bądź samowystarczalny, bądź DIY, uprawiaj ziemię, kiś ogórki, miel mąkę, naucz się obsługi piły.
Minimalizm jest modny, wyszukiwarka szaleje, gdy wrzucisz do niej hasło DIY, "Cokolwiek DIY" od biżuterii, przez ciuchy, meble. Moda? Przebłyski normalności w zalewie całej masy niepotrzebnych must have tego sezonu, czy skąpstwo? 


Marta Sapała zamieściła w Internecie ogłoszenie: szukam zakupowych ascetów / skąpców / finansowych minimalistów. Z 50 ochotników ostatecznie do akcji przyłączyła się dwunastka. Dwanaście gospodarstw domowych, złożonych z od jednej do pięciu osób. Różna zasobność portfeli, zatrudnienie, światopogląd i miejsce zamieszkania. Jest kilku warszawiaków, są mieszkańcy Krakowa, Reyjkaviku, Szczecina i paru wsi rozsianych po Polsce. Część z nich bierze udział w eksperymencie/zabawie z ciekawości, chęci poznania siebie i przewartościowania życia. Dla innych oszczędność nie jest niczym nowym, ograniczenie wydawania to codzienność, jedyny sposób na utrzymywanie się na powierzchni.

Próba: Dwunastu uczestników. Dziesięć rodzin, dwójka singli.
Czas trwania: 12 miesięcy. 
Cel: Ograniczyć zakupy. Wydawać najmniej jak się da. Tylko na to, co jest naprawdę niezbędne

Obiecujący eksperyment bez doprecyzowanych zasad. Każdy z uczestników sam ustala, co dla niego kryje się pod pojęciem niezbędności. Mydło? Kawa? Nowa sukienka? Marta Sapała prowadzi nas przez cały rok nieśpiesznie, starannie opisując zmagania z niekupowaniem. Jak sama pisze: przez ten rok zaglądam do nie swoich portfeli, spiżarni, szaf i głów.<...> Razem ze wspólnikami w konsumpcyjnym poście przyjrzymy się temu, ile (oraz jak) się obecnie płaci za poczucie bezpieczeństwa, szacunek, spokój, jaki jest koszt dobrych relacji ze światem, a jaki – samowystarczalności. Jak przeliczyć czas na pieniądze, pieniądze na przedmioty, przedmioty na relacje. Czy redukcja we wszystkich tych dziedzinach daje swobodę, a może wręcz przeciwnie?

Bohaterowie Mniej... radzą sobie z zakupowym ascetyzmem różnie. Z umiarem, oswajając się z nową sytuacją lub rzucają się niepohamowanie na bycie zakupowym ascetą, przez co dochodzi do absurdalnych sytuacji. Dziecko ma za zadanie przynieść do przedszkola misia pluszaka, co robi mama? Oczywiście, że nie kupuje go. Przetrząsa olx, tablice, wymienniki internetowe, oddam za darmo, wymienię, zamienię, nagabuje znajomych, rodzinę. Dobrze, że nie wydarła misia z rąk jakiegoś przypadkowego dziecka na ulicy. Traci przy tym mnóstwo czasu i energii, czy cena misia jest tego warta? Inny przykład. Panna X chce odkurzyć mieszkanie, ale przecież nie kupi odkurzacza. Co robi? Wsiada na rower, pędzi dwukołowcem do koleżanki przez pół miasta, pożycza od niej potrzebny sprzęt, wrzuca na ramę i z wiszącą rurą od odkurzacza zasuwa z powrotem przez pół miasta. Trąci przesadą? Niektóre z pomysłów na oszczędzanie są dość abstrakcyjne, jak wyżej, inne wręcz drastyczne, ale pomyli się ten, kto stwierdzi, że to książka tylko o oszczędzaniu. 

Autora zręcznie wprowadza nas do świata, do którego nie zaglądałam wcześniej, ba, nie miałam pojęcia, że istnieje. Kooperatywy spożywcze, wymiany nasion, wymienniki społecznościowe (warto tam zajrzeć!), rolnik, który pozwala wejść chętnym na swoje zebrane maszyną pole i wyzbierać  resztę plonów. Co ciekawe, takie zajęcie przyciąga nie tylko potrzebujących. Nagle staje się super modne, godne wrzucenia zdjęcia na facebooka, zrobienia dzióbka na instagram prosto z pola. Oczywiście w markowych kaloszach. Zbieranie cukinii z pola wśród błyskających fleszy jest glamour, jest chęcią, a nie koniecznością. Kolejny absurd, czy moda?

Choć dobrze po połowie książka zaczęła mi się lekko dłużyć, ile w końcu można czytać o tym, co ktoś kupić lub czego nie kupił i jak się z tym czuje, polecam ją. Mnóstwo nowych haseł, odnośników, myśli. Warto się na nią pochylić, pośmiać z ludzkiej potrzeby posiadania i zachłystywania się kolejnym, niepotrzebnym przedmiotem. I pójść do centrum handlowego, bądź nie:)