piątek, 6 lutego 2015

Eli, Eli: "Bieda jest fotogeniczna"

 
Jedyna cenna rzecz jaką posiadają, to informacja o sobie, o swoim sąsiedztwie, o swojej biedzie. Ja im tę informację zabieram, pakuję do bagażu i lotem za tysiąc euro przywożę do domu.

  Wpadłam w jakiś ciąg przejmujących książek- śmiertelna choroba, wojna, a teraz bieda. Bieda, która, jak pisze Wojciech Tochman jest fotogeniczna. Bardzo cenię pisarstwo Tochmana. Jego książki są przejmujące, bolesne, niejednoznaczne i nieoceniające. Autor pokazuje mi ten sam kadr, wycinek historii z kilku stron, z kilku punktów odniesienia - sam nie ocenia, nie sugeruje. Po prostu w genialny dla mnie sposób skłania mnie do myślenia, do współodczuwania. "Eli, eli" to zbiór przerażających, ponieważ prawdziwych, koszmarnie smutnych historii rodem z Filipin, podzielonych fotografiami - budzącymi grozę nie mniejszą niż opowieści. 

Niestety ten reportaż mnie troszkę zawiódł. Po kilku stronach zastanawiałam się, czy to na pewno napisał Tochman. Zabrakło mi jego nieoceniania, jego pozostawania w cieniu, zabrakło niejednoznaczności. Z drugiej strony przerażająca bieda filipińczyków i wszystko, co się z nią wiąże - przemoc, życie z skrajnym ubóstwie, niewolnicza praca, wykorzystywanie dzieci i kobiet, życie na nagrobkach- jest jednoznaczna. A cały dramat rozgrywa się w wszystko to w cieniu wysokich biurowców i hoteli za 1000 euro za noc. To jest jakiś obłęd! Koszmar, z którego szybko się chcemy obudzić. Strząsnąć z siebie te przerażające zdjęcia i opowieści. Może stąd ta zmiana języka, na mniej lotny, a bardziej surowy, brutalny i pełen przekleństw. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że historie były pisane ze złością. W kogo wycelowana jest ta złość? W biedaków, którzy czekają aż dzieci przyniosą im kilka peso za wyzbierane butelki? W tych, którzy nigdy nie pracowali, rozmnażają się na potęgę i żyją na ulicach, cmentarzach. A może to złość na tych, którzy patrzą na swoich rodaków z klimatyzowanych aut, biur i nic nie robią?  Może to złość na politykę postkolonialną, złość na amerykańskie okręty z amerykańskim marynarzami, którzy chętnie korzystają z  wdzięków filipińskich dziewcząt? Ech!
A może to jest takie swoiste rozliczenie się autora z własną pracą reportera : autorzy non-fiction <...> rzadko dodają, że w ich zawód wpisana jest zdrada. Zdobywają zaufanie ludzi, kolonizują ich dusze, aby wziąć od nich to, co mają najcenniejszego: ich story.  I dalej: reporterzy przede wszystkim chcą mieć dobry tekst, podać go dalej, ogłosić światu. Po co? Żeby poprawić los opisywanego? Poszerzać obszar niezgody na nędzę i zło? Tak to sobie i jemu tłumaczą, kiedy namawiając do rozmowy. Czy żeby poprawić los swój? Żyć bez monotonii, z adrenaliną, cieszyć się pracą, podróżować? Uciekać z domu, kiedy dom człowieka nudzi? Karmić swoje lęki, obsesje? Zaspokajać ciekawość? Próżność? Rozliczenie się z pracą fotoreporterów z Kevinem Carterem na czele, który zrobił legendarne wręcz zdjęcie głodującej dziewczynki w Sudanie i sępa, który czeka, aż ona umrze. Ponoć fotograf czekał 20 minut, na chwilę, w której ptak zaatakuje dziecko- nie doczekał się. Doczekał się natomiast nagrody Pulitzera za to zdjęcie... a rok później popełnił samobójstwo.
Mimo moich "ale"- polecam. Książka- jak każda Tochmana - puka do naszego sumienia i wyśmiewa nasze dobre samopoczucie.

Książka zrecenzowana w ramach wyzwania Grunt to okładka