poniedziałek, 2 lutego 2015

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety




Muszę powiedzieć, żeby pani miała pojęcie... żeby pani wiedziała, co się działo w naszych duszach- takich ludzi, jakimi byłyśmy wtedy, na pewno już nigdy nie będzie. Nigdy! Takich naiwnych i takich szczerych. Z taką wiarą!

Językowe wygibasy mogą pomniejszać zasługi walczących kobiet. Wszak lekarz brzmi poważniej niż lekarka, prawnik brzmi bardziej profesjonalnie niż prawniczka, bądź (czy takie słowo w ogóle istnieje?) adwokatka. Na wojnie niezbędne były sanitariuszki, praczki, kucharki, telefonistki i łączniczki. Jesteśmy oswojeni z takimi funkcjami dla kobiet. A  kobieta- żołnierz? Żołnierka! Brzmi egzotycznie i mało poważnie. W Armii Czerwonej walczyło około miliona kobiet. Były czołgistki, piechurki, kaemistki, a nawet lotniczki. Kobiety w stopniu sierżanta i szeregowca. Szergowczynie? Język nie był przygotowany na takie słowa... Zazwyczaj były to młode dziewczyny, osiemnasto- siedemnastoletnie. Nie były do tego zmuszane, po prostu miały wdrukowane, wpojone, że one i Ojczyzna, to jedno. I że Ojczyzny trzeba bronić.

"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" to zbiór wypowiedzi weteranek. Reportaż, który opisuje wojnę widzianą oczyma kobiet walczących, przeżywaną ich sercami. Ta wersja wojny bardzo różni się od tej "męskiej", pełnej chwały, bohaterów i zaskakujących zwrotów akcji. "Kobieca wojna" jest bardzo emocjonalna, prosta i surowa. Nie ma w niej bohaterów i niesamowitych wyczynów, są po prostu ludzie, zajęci swoimi ludzkimi-nieludzkimi sprawami.  Niesamowita książka. Surowy język, proste zdania, przejmujące treści. Przerażające obrazy... Była z nami telegrafistka, która niedawno urodziła. Dziecko głodne, chce piersi... Ale matka sama jest głodna, mleka nie ma, dziecko płacze. Niemcy są tuż obok... Z psami... Jak psy usłyszą, to zginiemy wszyscy. Cała grupa, trzydzieści osób... Rozumie Pani? Zapada decyzja. Nikt nie umiał przekazać rozkazu dowódcy, ale matka sama się domyśliła. Zanurza zawiniątko z dzieckiem w wodzie i długo trzyma... Dziecko już nie krzyczy. Nic nie słychać... A my nie możemy podnieść wzroku. Ani na matkę, ani na siebie nawzajem...
Wiele z tych dziewcząt poległo, a te które przeżyły, spotkało wielkie rozczarowanie. Nie mają prawa do chwały, do dumy ze swoich wojennych orderów i historii, którymi chcą się podzielić, choć niełatwo wraca im się wspomnieniami do tych czasów. Chwała i zasługi przysługują mężczyznom, kobiety spotkały się przede wszystkim z odrzuceniem: Wróciłam do swojej wsi z dwoma Orderami Chwały  i z medalami. Pożyłam trzy dni, a na czwarty mama budzi mnie i mówi: "Córeczko, zebrałam ci rzeczy w węzełek. Uciekaj, odejdź stąd.... Masz dwie młodsze siostry, dorastają. Kto je za mąż weźmie? Wszyscy wiedzą, że byłaś cztery lata na wojnie, z mężczyznami..." Sami żołnierze wspominają, że choć niejednokrotnie byli odratowani przez sanitariuszki, to traktowali je jako siostrzyczki: na rozpoznanie może bym z taką poszedł, ale na żonę bym jej nie wziął. No tak, przywykliśmy myśleć o kobiecie jako o matce i narzeczonej. A tu kobieta przez cztery lata w brudzie, o głodzie, w męskim ubraniu i jeżu na głowie. Jej kobiecość zniknęła, u niektórych na całe życie.
Przejmująca książka, z każdą kolejną przeczytaną stroną myślę sobie... Jakie mamy teraz dobre życie. Jakie bezpieczne i czyste. Doceńmy je, zamiast narzekać!