piątek, 9 stycznia 2015

Mundra, czyli trzeba być fanem, a nie fanatykiem.



"Mundra" Sylwia Szwed

   Nie, nie chodzi o port w Indiach, a o kobietę mundrą, czyli mądrą.
Fragmenty "Mundrej" miałam przyjemność przeczytać jakiś czas temu w Wysokich Obcasach. Już wtedy zrobiły na mnie duże wrażenie, a książka porwała mnie już od samego wstępu:   
Wciąż mam ją przed oczami. Stara kobieta w grubej wełnianej spódnicy, prostej bluzce, ze związanymi włosami, twarzą przeoraną zmarszczkami. Otoczona powszechną czcią i szacunkiem. Ręce przepracowane, ale wciąż zwinne. Kiedy nadchodził czas, szła do chałupy kobiety, z której dochodziły już pierwsze pokrzykiwania. Wyganiała mężczyzn z domostwa, całowała w czoło przyszłą matkę. Rozplatała jej warkocz, zdejmowała wszystkie pierścionki, kolczyki, chustki, żeby nic nie było na niej zawiązane. Kiedy rodzącą trzymały bóle porodowe, otwierała okna, drzwi, szuflady, kufry, żeby rozewrzeć wrota jej łona. Kazała złapać się belek w stropie, dała kieliszek wódki na znieczulenie. Kiedy i to nie pomagało, wysyłała pastucha do cerkwi, żeby pop otworzył bramy świętego miejsca. Żeby sama Matka Boska przybiegła z pomocą rodzącej. Gdy dziecko przychodziło na świat, to ona przecinała pępowinę. To ona zakopywała nieczyste łożysko w progu izby, żeby nikt się nim nie pokalał. Dostawała za swą służbę bochenek chleba albo dwie miary płótna na zapaskę, czasem kilka okraszonych jaj. Nazywano ją też babką, babiculą, mądrą babą, babuszką, akuszerką, a jej sztukę- babieniem. 


Bardzo wartościowa książka napisana bez zadęcia  i, co dla mnie istotne, bez oceniania. Nie znajdę tu rad w jakiej pozycji najlepiej rodzić, w szpitalu, czy w domu i czy warto "zrobić sobie cesarkę"? Znajdę wywiady z kilkoma położnymi. Różniącymi się od siebie nie tylko numerem PESEL i szerokością geograficzną, w której pracują, ale też podejściem do rodzącej kobiety i przede wszystkim własnymi, pięknymi  historiami pracy w zawodzie i motywami, dla którym ten trudny zawód wybrały. Zaczytana w  "Mundręj"  cieszyłam się jak dzieciak, że rodziłam "teraz", z przerażeniem bowiem chłonęłam rzeczywistość porodów  sprzed 20, 30 lat, z obowiązkowym goleniem krocza i lewatywą pani Zuzanny w sumie wlewano w kobietę ponad dwa litry płynu. Nikt by tego nie wytrzymał. Ta woda wyrzucała się z organizmy, a pani Zuzanna krzyczyła "Ściskać dupę, nie srać!". Nadto naciskała rodzącej nos i w usta na siłę wlewała pół szklanki rycyny z kroplami miętowymi. Dla mnie brzmi jak kadr z koszmaru. Na szczęście tych kadrów w książce nie było wiele. Bo nie chodzi w niej o straszenie kobiet, ale przekazanie prawdziwych, pełnych emocji historii. Historii, które tłumaczą dlaczego warto, ba! trzeba, ufać naturze, by nie robić z ciąży choroby, a z porodu operacji. Że poród może być piękny, a nie tylko kojarzyć się z bólem i przykuciem do szpitalnego łóżka. Nie będę ukrywać, że parę razy zawilgotniały mi oczy przy czytaniu o wyborach, trudnych porodach, śmierci dzieci. Z największym zapałem pochłonęłam ostatni rozdział, historię pani embriolog, która poczynała dzieci (czy tak można napisać?) in vitro, a później została zwykłą (?) położną. Temat trudny, ale pięknie i uczciwie opowiedziany przez panią Barbarę Baranowską. Odnoszę wrażenie, że cała książka taka jest, dotyka trudnych tematów, ale jest napisana pięknie, uczciwie i z troskliwością. Czyta się ją błyskawicznie i chce się do niej wracać. Godne zapamiętania zdanie z "Mundrej", które można odnieść do wielu dziedzin życia: trzeba być fanem, a nie fanatykiem.