poniedziałek, 9 lutego 2015

Mama, smoczek!


 

  Dziecko śpi, więc mama biegnie do laptopa, nastawiając po drodze czajnik na małą czarną i potykając się o leżącą na podłodze matkę edukacyjną. Nic nadzwyczajnego, ale rozbawiło to zdanie. Czyżby ktoś pisał o mnie? Ja robię tak samo! Tylko jeszcze czasem wstawiam w locie pranie i wynoszę śmieci.                            Z wielką przyjemnością sięgnęłam po tak lekką lekturę, po moim maratonie książek smutnych. Zostało mi do przeczytania ostatnie 30 stroniczek... ale chyba sobie podaruję. "Mama, smoczek!" to dziennik- pewnie po prostu opublikowany blog, zupełnie zwyczajny. Ani nie jest bardzo zabawny, ani wciągający. A to dziecko jest marudne, a to smoczek nie taki, a to jestem zmęczona... Takie tam pitu pitu o byciu mamą i codziennych blaskach i cieniach "siedzenia w domu z dzieckiem". "Mama..." nie wymaga od nas wielkiej uwagi i skupienia, po prostu- czytasz, zapominasz.
Myślę jednak, że niejedna zabiegana mama, chętnie wciągnie tę książkę w ramach relaksu przy małej czarnej :) Moja chwila relaksu właśnie się skończyła..lecę na dywan pokulać się z Latoroślą.

piątek, 6 lutego 2015

Eli, Eli: "Bieda jest fotogeniczna"

 
Jedyna cenna rzecz jaką posiadają, to informacja o sobie, o swoim sąsiedztwie, o swojej biedzie. Ja im tę informację zabieram, pakuję do bagażu i lotem za tysiąc euro przywożę do domu.

  Wpadłam w jakiś ciąg przejmujących książek- śmiertelna choroba, wojna, a teraz bieda. Bieda, która, jak pisze Wojciech Tochman jest fotogeniczna. Bardzo cenię pisarstwo Tochmana. Jego książki są przejmujące, bolesne, niejednoznaczne i nieoceniające. Autor pokazuje mi ten sam kadr, wycinek historii z kilku stron, z kilku punktów odniesienia - sam nie ocenia, nie sugeruje. Po prostu w genialny dla mnie sposób skłania mnie do myślenia, do współodczuwania. "Eli, eli" to zbiór przerażających, ponieważ prawdziwych, koszmarnie smutnych historii rodem z Filipin, podzielonych fotografiami - budzącymi grozę nie mniejszą niż opowieści. 

poniedziałek, 2 lutego 2015

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety




Muszę powiedzieć, żeby pani miała pojęcie... żeby pani wiedziała, co się działo w naszych duszach- takich ludzi, jakimi byłyśmy wtedy, na pewno już nigdy nie będzie. Nigdy! Takich naiwnych i takich szczerych. Z taką wiarą!

Językowe wygibasy mogą pomniejszać zasługi walczących kobiet. Wszak lekarz brzmi poważniej niż lekarka, prawnik brzmi bardziej profesjonalnie niż prawniczka, bądź (czy takie słowo w ogóle istnieje?) adwokatka. Na wojnie niezbędne były sanitariuszki, praczki, kucharki, telefonistki i łączniczki. Jesteśmy oswojeni z takimi funkcjami dla kobiet. A  kobieta- żołnierz? Żołnierka! Brzmi egzotycznie i mało poważnie. W Armii Czerwonej walczyło około miliona kobiet. Były czołgistki, piechurki, kaemistki, a nawet lotniczki. Kobiety w stopniu sierżanta i szeregowca. Szergowczynie? Język nie był przygotowany na takie słowa... Zazwyczaj były to młode dziewczyny, osiemnasto- siedemnastoletnie. Nie były do tego zmuszane, po prostu miały wdrukowane, wpojone, że one i Ojczyzna, to jedno. I że Ojczyzny trzeba bronić.